Dojechaliśmy do mojej kamienicy. Wysiadłam z samochodu, a Alexis za mną.
- Chodź! - nakazuje mi i podaje mi swoją dłoń.
- Dobra. - pośpiesznie weszliśmy do mieszkania. I szybko do mojego pokoju. I zaczęłam na Niego krzyczeć. - Kurw.. - przerywam, On nie lubi jak dziewczyny przeklinają. - Kurde, co teraz będziesz się chwalił na prawo i lewo? Jeszcze do mojego brata? Ty normalny jesteś? Jeszcze mu powiedz, że to wszystko się stało po pijaku! - Nie daje mu dojść do słowa. - A skąd Ty w ogóle wiesz, że ja mam tą bliznę? Przecież Ty na tej imprezie, byłeś tak naje.. - i znowu przerywam - Pijany, że nie możliwe, żebyś mi się przyglądał! - krzyczę jeszcze głośniej. - Wkurzyłeś mnie!
- Ja - ja... - chciał coś powiedzieć, ale do pokoju weszła zapłakana Mia.
- Co tu się dzieje? - stoi przed nami z pudełkiem chusteczek.
- Nie ważne.. - mówię, patrząc na Niego ze złością. - Cholera jasna! Mia co się stało? - pytam przejęta.
- Jack.. - przerywa i jeszcze bardziej płacze. - Zerwałam z nim.
- Dlaczego? - pytam zdziwiona.
- Wczoraj przyszedł do mnie i powiedział, że od dłuższego czasu mnie zdradza i że kocha inną dziewczynę. - tłumaczy zachodząc się prawie.
- A to jebany skurwiel. - klnę na Niego jak popadnie. Nie zważając na to, że Alexis siedzi na moim łóżku. - Nie płacz, będzie dobrze. Widzisz dlatego ja nie mam chłopaka. To tylko jedne wielkie rozczarowania. - pocieszam ją.
- Dobra Kylie ja już sobie pójdę. - mówi posmutniały Alexis.
- Nie! - krzyczę na Niego. - My jeszcze nie skończyliśmy. - usiadł ponownie.
- To ja idę, muszę posprzątać mieszkanie. - mówi mi.
- Okey, potem do Ciebie zajrzę. - uśmiecham się lekko do niej. I wychodzi, a ja zamykam drzwi. - No więc co chciałeś powiedzieć? - pytam i piorunuje go wzrokiem.
- Przepraszam. - widać po Jego oczach, że jest podenerwowany. Mam teraz wrażenie, że panuje nad nim kontrolę. - I obiecuje, że już tak nie będzie. - pchnął mnie i poleciałam na łóżko. Unieruchomił mi ręce swoimi i wisiał nade mną. - Nie jestem jednym wielkim rozczarowaniem. - uśmiechnął się drwiąco i mnie pocałował.
- No nie wiem, nie wiem. - próbuję zrobić poważną minę, ale nie udaje mi się to i wybucham śmiechem. Puszcza moje ręce i opiera się nade mną na łokciach, a ja zaczynam go łaskotać. Nie wiem jak, ale teraz to ja znajduje się na nim. Znalazłam Jego czuły punkt, ma łaskotki. Pierwszy raz, nie jestem przez niego onieśmielona. Jestem sobą i nie czuje się skrępowana. To jest fajne. Przerywa nam dzwoniący iphone Alexisa.
- No kurde.. - podnosi się i odbiera. - Słucham.. Dobra.. Okey.. Tak.. To za 15 minut będę.. No.. Narazie. - Alexis rozłącza się.
- Kto to? - pytam.
- Twój braciszek. - śmieje się. - Mam po nich przyjechać. Więc muszę już lecieć. - wstaje.
- Szkoda, no trudno. - mówię.
- Nie smuć się. W czwartek się zobaczymy. Napiszę Ci jeszcze co i jak. - pociesza mnie,
- No dobra. - żegnamy się i odprowadzam go do drzwi. Teraz najgorsze przede mną.. Pocieszanie Mii. Może jak powiem jej, że Jonatan jest w Londynie i leci z nami do Chile to się trochę ogarnie.
- Hej mała nie płacz. - siadłam koło niej i zabrałam jej chusteczki.
- Jak mam nie płakać? - pyta - Przecież on mnie zdradzał.
- Normalnie, przecież on nie jest Ciebie wart. Chodź do kuchni. Pewnie nic nie jadłaś. Zobaczymy co jest w lodówce do jedzenia. - weszłyśmy do kuchni, od razu poszłam sprawdzić co jest w lodówce, niestety nic nie było. Mia nie zrobiła zakupów.. No trudno. - Chcesz kanapki z nutellą?
- Tak poproszę. - mówi uśmiechając się do mnie. Wow wcześniej musiałam ją pocieszać pół dnia, aby się uśmiechnęła.
- Dobra. - zaczęłam robić kanapki - Wiesz co? Nie uwierzysz co Ci powiem.
- Mów.
- Raf i Jonatan przylecieli i lecą z nami do Chile. - oznajmiam jej.
- Ojej z 5 lat może dłużej ich nie widziałam. - mówi z uśmiechem, ale po chwili jej uśmiech gaśnie. - Jonatan.. - posmutniała. Ach no tak.. przecież ona z nim zerwała, bo rodzice jej kazali i wyjechali z nią tutaj do Londynu.. Ze mną na szczęście nie straciła kontaktu. Ale od niego odcięła się całkowicie..
- Ej, ale wyjaśniłaś mu potem to wszystko? - pytam.
- Nie, w ogóle straciliśmy kontakt.. A szkoda. Ja nie wiem co moi rodzice mieli do niego i jego rodziców. - odpowiada.
- Wiesz co może w Chile będzie czas na to aby mu wszystko wyjaśnić? - pytam ją.
- Postaram się. - mówi ciepło.
- To super. - uśmiecham się do niej. - A teraz idź do pokoju ogarnij się, pomaluj i ja też tak zrobię. No i lecimy do galerii.
- Serio? Po co? - pyta głupawo.
- Jak to po co? Muszę kupić kosmetyki, bo te mi na miesiąc nie starczą, w dodatku jeszcze jakiś sweterek i czarne trampki. - tłumaczę jej. - A i oczywiście skarpetki i bieliznę. - dodaje po chwili.
Po 20 minutach byłyśmy już gotowe. Szybko pojechałyśmy i poszłyśmy na zakupy.
*2 godziny później*
Przechadzając się po pasażach handlowych, wchodziłyśmy do jednego sklepu i po chwili wychodziłyśmy, ponieważ nie było takich butów jakie ja bym chciała. Wychodząc z Deichmanna zauważyłyśmy chłopaków.
- Ej Kylii dzwoniłaś albo pisałaś do Alexisa, że jedziemy na zakupy? - pyta Mia.
- No coś Ty, po co miałabym mu to pisać? - odpowiadam jej. - Idą tu. Kurwa mać.. - szepczę jej.
- O matko. - również cicho mi odszeptuje.
Chłopcy przywitali się z Mią. Tylko Jonatan odszedł na bok i rozglądał się po galerii.
- Co wy tu robicie? - pyta Alexis.
- My na zakupach. - mówię. - Nie widać? - patrzę się najpierw na Niego, a potem na torby, które mam w ręce.
- A no okey, pomóc Ci z nimi? - pyta.
- Nie, nie trzeba. - odpowiadam mu.
- Ale ja nalegam. - i zabiera mi torby z zakupami.
- Wiesz co, dobrze, że mi torebki przynajmniej nie zabrałeś. - śmieje się z Niego. - Jeszcze muszę znaleźć buty. Także chyba nie będziecie za nami łazić.
- A dlaczego niby? - pytają we trzech jednym głosem.
- Oj nie chcesz wiedzieć. - Mia patrzy na mnie, a potem na chłopaków i obie wybuchamy śmiechem.
- No dlaczego? Kurcze. - pyta Raf.
- Z Kylie kupować buty to jest jakaś masakra. Wyszłyśmy już ze wszystkich sklepów w tej galerii, został tylko Vans. Może coś znajdzie.
- Tak to jest z babami. - mówi Raf.
- Weź, aleś Ty miły braciszku. - biję go w rękę, a on aż piszczy.
- Ała! Kurde zapomniałem, ze Ty jak przywalisz to nieźle boli. - śmieje się.
- Oj i to jak. - dodaje Alexis.
- Co Tobie też już przysoliła? - śmieje sie Raf.
- Dobra chodźmy już. Bo ja chce wrócić do domu. - mówię i ruszamy do sklepu.
*3 godziny później*
Wyszliśmy dopiero ze sklepu. Po długich, ale to bardzo długich namysłach wybrałam czarne vansy. Żadne mi się nie podobały, więc musiałam wybrać te czarne. Mia by mnie zabiła jeśli powiedziałabym, że nie ma tu takich butów.
- Dobra miałaś racje. - Alexis śmieje sie do Mii.
- Ja mam zawsze rację. - mówi do Niego.
- Tak, tak. Następnym razem pojedziecie z nami i zobaczycie jak Mia kupuje buty. - oznajmiam im.
- O nie! - krzyczą Raf i Jon. - Z Tobą już była masakra także dziękujemy. - oznajmia Raf.
Chwilę później wyszliśmy już z galerii. Mia poszła pogadać z chłopakami, a ja zostałam sama z Alexisem.
- To jak będzie w czwartek? - pytam.
- Przyjedziemy po was o 8.00 bo o 9.05 mamy lot. - mówi. - Tylko się nie spóźnij. - upomina mnie.
- Nie spóźnię się. Spokojnie. - uspokajam go.
- Mam taką nadzieję. - mówi. - Jeszcze jedno. Nie boisz się latać samolotami, prawda?
- To znaczy samego lotu się nie boję. Ale wylotu i lądowania tak.
- No dobra to jakoś sobie poradzimy. W samolocie siedzę z Tobą. - oznajmia mi.
- A skąd wiesz, że ja chce z Tobą akurat siedzieć? - pytam go.
- A nie chcesz? - mówi smutnym głosem.
- Chcę, chcę. Żartowałam przecież. - śmieje się z Niego. - Dobra my już jedziemy, bo jestem zmęczona. w czwartek masz mnie obudzić.
- Jak?
- Dzwonić do mnie tyle razy, aż w końcu odbiorę. - uśmiecham się nieśmiało.
- No oki, postaram się. - również się uśmiecha. - No to wołaj Mię i jedźcie do domu. Tylko ostrożnie. - daje mi buziaka w czoło. Uwielbiam jak to robi.
- Miaa!! - krzyczę.
- Już idę. - odkrzykuje i żegna się z chłopakami.
Po 20 minutach byłyśmy w domu, ogarnęłyśmy się i poszyłyśmy spać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz